W związku z przenosinami na nowy serwer mogą występować pewne problemy z prawidłowym funkcjonowaniem strony.
Jakiś czas temu na jednym z portali internetowym, Ktoś wspomniał o Hyperionie autorstwa Dana Simmonsa. Jako, że cykl ten był mocno zachwalany, postanowiłem zabrać się za lekturę pierwszego tomu i mimo, że na początku narracja i wielowątkowość niezbyt przypadła mi do gustu, to później było już tylko lepiej. Skończyło się na tym, że od losów bohaterów – Pielgrzymów – bardzo szybko się uzależniłem i kolejne ich losy śledziłem z wypiekami na twarzy.
Kto by pomyślał, że filmowa seria Resident Evil zagości na ekranach film prawie w takiej ilości, co jej elektroniczny pierwowzór. To już bowiem piąta część przygód z Alice i zombiakami w rolach głównych. Niestety, w tym przypadku można zastosować regułę, że im dalej w las, tym gorzej.
„Jeśli będziesz uciekał – ja będę Cię ścigał. Jeśli będziesz walczył – nie będę ci dłużny. Jeśli do mnie strzelisz, ja również będę strzelał. Prawo nie pozwala mi po prostu odejść. Jestem konsekwencją. Niezapłaconym rachunkiem. Jestem przeznaczeniem z odznaką i spluwą. Za moją odznaką bije takie samo serce jak Twoje. Krwawię. Myślę. Kocham. I tak, można mnie zabić.” – takie właśnie słowa słyszymy z ust jednego z bohaterów filmu End of Watch, w Polsce przetłumaczonego jako Bogowie ulicy. Filmu, który był w trójce najbardziej wyczekiwanych produkcji ubiegłego roku.
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żył sobie DeathSpank. Najprawdziwszy, najmężniejszy, najcudowniejszy i najbardziej bohaterski bohater we wszechświecie. Jego sława sięgała wszędzie, gdzie tylko mogła. Tam, gdzie jeszcze nie dotarła, pojawiał się DeathSpank w swych bohaterskich majtkach i robił porządek ze złem. Dzięki temu kolejne włości poznawały moc i dobroć jedynego, prawdziwego bohatera wszechczasów – DeathSpanka.
Bez bicia mogę się przyznać, że napaliłem się na film Looper. Ciekawa tematyka, dynamicznie zmontowane zwiastuny tylko podsycały moją chęć na nową produkcję z Brucem Willisem i Josephem Gordonem-Levittem. Niestety, tak jak apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak koniec końców okazało się, że zjadana potrawa jest troszkę nieświeża i w dodatku przesolona.
Lars von Trier – tego duńskiego reżysera miłośnikom kina chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Gęsto i często nagradzany na europejskich festiwalach filmowych, szokował nie tylko swoimi produkcjami w stylu Tańcząc w ciemnościach, czy też Antychryst, lecz też swoimi wypowiedziami, w których przyznawał się, że niedaleko mu światopoglądowo z ideami Hitlera. Na jego nieszczęście mnie jego osoba ani nie grzeje, ani też nie ziębi. Dlatego z ciekawością zabrałem się za projekcję jednego z nowszych filmów von Triera zatytułowanego Melancholia.

Ben Stiller, Vince Vaughn, Jonah Hill. Już same te nazwiska powinny zwiastować komedię, która będzie w stanie doprowadzić człowieka do łez ze śmiechu. Niestety, ale w Straży Sąsiedzkiej, jedyne do czego potrafi doprowadzić to trio, to szczere ziewanie do ekranu.
Film Jesteś Bogiem to dla mnie taki powrót do przeszłości. Z tego względu, że jeszcze nie tak dawno temu, kiedy to byłem jeszcze nastolatkiem, w słuchawkach na moich uszach dudniły sobie beaty zespołów hip-hopowych. No dobra, skłamałem z tym, że było to niedawno, albowiem mówię tu o takich dinozaurach sceny raperskiej jak Liroy, czy też Wzgórze Ya-Pa-3, jak również pozerski Nagły Atak Spawacza. Z miłą więc chęcią zabrałem się za obejrzenie filmu Jesteś Bogiem, nawiązującej w pewien sposób do dni mojej młodości.
Jako, że nie mam zbytnio nastroju na pisanie dziś dłuższego tekstu, dlatego pozwolę sobie na dość dosadne streszczenie tego, co widziały moje oczy podczas projekcji filmu ze stajni Disneya zatytułowanego John Carter. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się niczego dobrego po tym filmie i moim zdaniem bardzo dobrze, że podszedłem do tej produkcji z takim nastawieniem. Bowiem srodze się na swoim podejściu zawiodłem.







Otrzymane komentarze