O! Zapowiada się nieźle! Mniej więcej takie słowa nasunęły mi się w myślach po pierwszych kilku minutach projekcji filmu zatytułowanego Armored. Skąd wziął się ten mój entuzjazm? Przede wszystkim z dość doborowej obsady, reprezentatywnej dla dobrego kina akcji. Weźmy na przykład Laurence’a Fishburne’a i jego pamiętną rolę w Matrixie. Prócz tego Jean Reno również nie jest byle jakim aktorem, a jako Leon Zawodowiec sprawdził się znakomicie. Mamy tu także takie osoby jak Amuriego Nolasco (Fernando Sucre ze Skazanego na śmierć), Matta Dilona (Nothing But The Truth, Ja, Ty i On), czy Milo Ventimiglia (Gamer, Przeklęta, Rocky Balboa). Z amatorami do czynienia więc nie mamy. Szczególnie, że za zdjęcia zabrał się sam Andrzej Sekuła a za reżyserię twórca Kontrolerów – Nimród Antal.

Lecz o co w tym wszystkim chodzi? Główny bohater – Ty Hackett (tutaj Columbus Short) znajduje zatrudnienie jako ochroniarz jeżdżący w wozach pancernych prywatnej firmy. Wiecie… eskortowanie dużej ilości pieniędzy i innych cennych materiałów. Wszystko jest fajnie i cacy, do momentu, w którym jego koledzy po fachu oferują mu propozycję nie do odrzucenia, a mianowicie obrabowanie jednego z transportów, którym przyjdzie im ubezpieczać. Prawemu bohaterowi niezbyt się ten pomysł podoba, lecz przymuszony zdarzeniami losowymi zgadza się iść na układ ze starszakami i już dnia kolejnego rozpoczyna się akcja „kradniemy 42 miliony zielonych”.

I do tego momentu film ten trzyma jakoś w napięciu. No może zbytnio teraz przesadzam. Bo widz już od kilkunastu minut dobrze wie, co się już wkrótce wydarzy. Że wszystko nie pójdzie jak po maśle i coś tam nie zagra tak jak powinno. Nie będę taki bezczelny i nie zdradzę Wam następujących po sobie wydarzeń, ale napiszę tylko jedno – większość akcji, które mają miejsce w tym filmie, są tak nieprawdopodobne pod względem autentyczności, że czasami aż człowieka ogarnia współczucie scenarzyście, który w życiu zagrał o jedną partię Tetrisa za dużo. Takiej schematyczności w filmie akcji już dawno nie widziałem. W dodatku kto każe się meldować furgonetce z prawie pięćdziesięcioma milionami dolarów co godzinę? No chyba, że ja jestem jakiś niedoinformowany w tym aspekcie.

Ogólnie wszystko byłoby jakoś do przełknięcia, gdyby na ekranie chociaż coś się działo fajnego i dynamicznego. Niestety czystych napływów adrenaliny do krwiobiegu widza tutaj nie ma i czasami człowiek ma ochotę przymknąć oczy i oddać się sennemu szaleństwu. Lub też odpalić Simsy i powiększyć swoją rodzinkę. W tym drugim przypadku przynajmniej zrobimy dla świata coś pożytecznego. Oczywiście dla tego wirtualnego.

Zapowiadało się bardzo fajnie, skończyło się strasznie dennie. Osobiście jestem ciekaw, czy Armored ukaże się w polskich kinach. Jeśli tak, to odradzam wyprawę na seans – już lepiej zakołdrować się z lubą w łóżeczku i w ciepełku odpalić w swoim odtwarzaczu DVD wypożyczony wcześniej egzemplarz filmu.
Moja ocena: 5/10
Tagi: Amurie Nolasco, armored, film, Jean Reno, laurence fishburne, Matt Dilon, Milo Ventimiglia, recenzja
Recent Comments