Co może wyniknąć z połączenia adwokata oraz limuzyny marki Lincoln? Nie będę Was zadręczał głupimi pseudo-odpowiedziami, tylko od razu dam Wam rozwiązanie na tacy – dobry film. Nie będę tu zbytnio rozpisywał się na jego temat. Po pierwsze dlatego, że nie mam ochoty i raczej już mieć nie będę. Po drugie jakoś tak trudno jest mi zabrać się za jego recenzję. No bo o czym można by się tu rozpisać? O dobrym scenariuszu na podstawie powieści Michaela Conneliego, który trzyma nas w napięciu do ostatnich minut? Może o dobrej grze aktorskiej Matthew McConaugheya (ja nie mogę, co za nazwisko), Marissy Tomei (taki fajny MILF), Ryana Phillippe, czy Williama H. Macy? Są jeszcze dobre dialogi, fajne prowadzenie sprawy na wokandzie, jak i śmieszne wstawki z gangiem motocyklistów w roli głównej.
Jeden, dwa, trzy, cztery… maszeruje Huckleberry. Nie, nie… to nie jest to. Było nas dziewięcioro, troje już nie żyje. Kto się często nie myje, ten w brudzie sobie żyje. Hmmm… To też nie to. No może po części, bo morał z tego taki, że przyszła pora na czwórkę. Czwórką natomiast jest główny bohater najnowszej produkcji spod rąk D.J. Caruso, pod jakże tajemniczym tytułem – Jestem numerem cztery, z angielskiego: I Am Number Four. Nie trudno się domyślić, że skoro podium poległo z kretesem, to teraz przyszła pora na Johna Smitha, głównego bohatera ekranizacji powieści pod tym samym tytułem autorstwa Jamesa Freya i Jobiego Hughesa.
Szczerze mówiąc czekałem na ten film. Na zwiastunach zapowiadał się bardzo dobrze jako produkcja, przy której człowiek miło i przyjemnie się zrelaksuje. I już w drugim akapicie zdradzę Wam, że ani trochę się na tym filmie nie zawiodłem. Cyferkę Cztery łyknąłem niczym pelikan świeżutką rybkę i ani się obejrzałem, kiedy to moim oczom ukazały się napisy końcowe. Oczywiście fabuła nie gra tu pierwsze skrzypce i ktoś, kto lubi podczas filmu używać szarych komórek celem rozwiązywania kolejnych intryg lub filozofowania na tematy przedstawione w danej produkcji, to tutaj raczej z nich nie skorzysta. No chyba, że przykładowo pocznie się zastanawiać w jakim to celu główni bohaterowie obrali sobie za schronienie naszą Matkę Ziemię. Mniejsza jednak o to. Historia jest banalna i prosta niczym importowany banan. Dziewiątka wybrańców z kosmosu zagościła na naszej planecie. Niestety ich rodzimy świat przestał istnieć a to za sprawą złych kolesi, którzy przywędrowali za ocalałymi na Ziemię. Każdy z dziewięciorga przybyszów jest odpowiednio ponumerowany i źli obcy tylko w tej kolejności mogą ich unicestwiać. Dlaczego tak, a nie inaczej? Wyjaśnienia tej kwestii w filmie nie uświadczymy, musimy sami zajrzeć do książki.
Nie ma to jak migający kursor na białym tle pustego ekranu. Tak to już jest, kiedy to człowiek zabiera się za sklecenie kilku zdań po bardzo długiej przerwie. Jak by tu zacząć? Mądrze? Profesjonalnie? Z jajem? Może wstawić na wstępie, niby ukradkiem, kilka ciekawostek na temat Nicolasa Klatki? Ewentualnie z grubej rury wypalić słowotok, który powali na kolana większą część czytelników mojego bloga, czyli w sumie tylko mnie? Nie… Trzeba zacząć jakoś inaczej, lepiej, bardziej oryginalnie. Czyli po prostu przelać swoje myśli na elektroniczny papier – tak będzie oklepanie a ja będę miał już wstęp za sobą. Co też bezczelnie właśnie uczyniłem.
Wracając do samego filmu. Szukając informacji na temat tej produkcji, zapewne grono z Was zetknęła się z bardzo negatywnymi opiniami na temat Drive Angry. Szczerze mówiąc ja sam, przeglądając podstawowe dane na temat Piekielnej Zemsty, ukradkiem spojrzałem na kilka wypowiedzi, które nie zostawiały na tym filmie ani jednej suchej nici. Z doświadczenia jednak wiem, że w dzisiejszych czasach takie opinie są mało warte szczególnie, że panuje w Internecie pewien trend, który nakazuje gnoić wszystko co jest tylko w zasięgu plugawej ręki na klawiaturze. Jeśli zaś ktoś się próbuje z tego kółka wzajemnej adoracji wyłamać – sam staje się obiektem drwin i ataków.
To już prawie dwa lata minęły od mojego ostatniego wpisu na niezly.net . No cóż. Przyszła pora na reaktywację mojego bloga – czas zacząć robić coś konstruktywnego w ramach pisania, nie tylko klepania kodów na stronki, czy też bawienie się sqlem w pracy. Widzę, że jest kilka rzeczy do zrobienia. Pierwsze co, to muszę się zastanowić, czy przenieść bloga na inny serwer i czy jest to warte zachodu. Należałoby również zrobić porządki z odnośnikami. No, ale to swego czasu. Najpierw trzeba by sklecić jakiś artykuł w ramach rozgrzewki.



Otrzymane komentarze