Muszę przyznać, że stęskniłem się za tą serią. Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem na ekranie przygody szybkiego i wściekłego minęło dobrych parę lat. Dziś znów dane mi było raczyć się swądem spalonej gumy i stwierdzam, że to jest to co akurat bardzo lubię. Piąta część opowiadająca o perypetiach Doma i Briana umiejscowiona jest w czasoprzestrzeni po Szybko i wściekle, natomiast przed wydarzeniami rozgrywającymi się w Tokio Drift. Ma to o tyle duże znaczenie, że jak wiadomo, w Japonii zginął jeden z bohaterów, który ni stąd ni zowąd pojawia się w Fast Five. Kto to taki – zainteresowani będą wiedzieć, reszcie społeczeństwa nie będę psuł niespodzianki, jeśli tylko zamierzają jeszcze całą tę serię obejrzeć.
Oglądając pierwszy raz zwiastun filmu Elita Zabójców stwierdziłem, że będzie to produkcja godna poświęcenia jej dwóch godzin ze swojego życia. Głównym argumentem przemawiającym za tym, miała być obsada aktorska: Clive Owen, Robert De Niro, Jason Statham i Dominic Purcell. Szczególnie Owen stojący po drugiej stronie barykady, naprzeciwko Stathama i De Niro – zapowiadał istną mieszankę wybuchową, albowiem wcześniej nie widziałem go w takiej roli. Cała reszta miała już drugorzędne znaczenie, wiadomym było, że taka obsada może nam dać przede wszystkim doznania wizualne, aniżeli skupiające się na dotarciu do widza poprzez wywołaniu w nim duchowego katharsis.
Nie zawiodłem się. Sceny gadane przeplatane są bijatykami, wybuchami, mordoklepkami, by zakańczane były znów strzelaninami na lewo i prawo. Oczywiście nie mogło też zabraknąć swoistego czarnego humoru, jak również wątku miłosnego, który jest tutaj swoistym wypełniaczem – niczym kit w futrynie. Moim zdaniem Yvonne Strahovski mogłaby tu nie mieć ani jednej linijki tekstu dialogowego, a i tak spełniłaby swoją rolę – wprowadzenia do pokładów testosteronu troszkę feminizmu.
Co może wyniknąć z połączenia adwokata oraz limuzyny marki Lincoln? Nie będę Was zadręczał głupimi pseudo-odpowiedziami, tylko od razu dam Wam rozwiązanie na tacy – dobry film. Nie będę tu zbytnio rozpisywał się na jego temat. Po pierwsze dlatego, że nie mam ochoty i raczej już mieć nie będę. Po drugie jakoś tak trudno jest mi zabrać się za jego recenzję. No bo o czym można by się tu rozpisać? O dobrym scenariuszu na podstawie powieści Michaela Conneliego, który trzyma nas w napięciu do ostatnich minut? Może o dobrej grze aktorskiej Matthew McConaugheya (ja nie mogę, co za nazwisko), Marissy Tomei (taki fajny MILF), Ryana Phillippe, czy Williama H. Macy? Są jeszcze dobre dialogi, fajne prowadzenie sprawy na wokandzie, jak i śmieszne wstawki z gangiem motocyklistów w roli głównej.
Jeden, dwa, trzy, cztery… maszeruje Huckleberry. Nie, nie… to nie jest to. Było nas dziewięcioro, troje już nie żyje. Kto się często nie myje, ten w brudzie sobie żyje. Hmmm… To też nie to. No może po części, bo morał z tego taki, że przyszła pora na czwórkę. Czwórką natomiast jest główny bohater najnowszej produkcji spod rąk D.J. Caruso, pod jakże tajemniczym tytułem – Jestem numerem cztery, z angielskiego: I Am Number Four. Nie trudno się domyślić, że skoro podium poległo z kretesem, to teraz przyszła pora na Johna Smitha, głównego bohatera ekranizacji powieści pod tym samym tytułem autorstwa Jamesa Freya i Jobiego Hughesa.
Szczerze mówiąc czekałem na ten film. Na zwiastunach zapowiadał się bardzo dobrze jako produkcja, przy której człowiek miło i przyjemnie się zrelaksuje. I już w drugim akapicie zdradzę Wam, że ani trochę się na tym filmie nie zawiodłem. Cyferkę Cztery łyknąłem niczym pelikan świeżutką rybkę i ani się obejrzałem, kiedy to moim oczom ukazały się napisy końcowe. Oczywiście fabuła nie gra tu pierwsze skrzypce i ktoś, kto lubi podczas filmu używać szarych komórek celem rozwiązywania kolejnych intryg lub filozofowania na tematy przedstawione w danej produkcji, to tutaj raczej z nich nie skorzysta. No chyba, że przykładowo pocznie się zastanawiać w jakim to celu główni bohaterowie obrali sobie za schronienie naszą Matkę Ziemię. Mniejsza jednak o to. Historia jest banalna i prosta niczym importowany banan. Dziewiątka wybrańców z kosmosu zagościła na naszej planecie. Niestety ich rodzimy świat przestał istnieć a to za sprawą złych kolesi, którzy przywędrowali za ocalałymi na Ziemię. Każdy z dziewięciorga przybyszów jest odpowiednio ponumerowany i źli obcy tylko w tej kolejności mogą ich unicestwiać. Dlaczego tak, a nie inaczej? Wyjaśnienia tej kwestii w filmie nie uświadczymy, musimy sami zajrzeć do książki.
Nie ma to jak migający kursor na białym tle pustego ekranu. Tak to już jest, kiedy to człowiek zabiera się za sklecenie kilku zdań po bardzo długiej przerwie. Jak by tu zacząć? Mądrze? Profesjonalnie? Z jajem? Może wstawić na wstępie, niby ukradkiem, kilka ciekawostek na temat Nicolasa Klatki? Ewentualnie z grubej rury wypalić słowotok, który powali na kolana większą część czytelników mojego bloga, czyli w sumie tylko mnie? Nie… Trzeba zacząć jakoś inaczej, lepiej, bardziej oryginalnie. Czyli po prostu przelać swoje myśli na elektroniczny papier – tak będzie oklepanie a ja będę miał już wstęp za sobą. Co też bezczelnie właśnie uczyniłem.
Wracając do samego filmu. Szukając informacji na temat tej produkcji, zapewne grono z Was zetknęła się z bardzo negatywnymi opiniami na temat Drive Angry. Szczerze mówiąc ja sam, przeglądając podstawowe dane na temat Piekielnej Zemsty, ukradkiem spojrzałem na kilka wypowiedzi, które nie zostawiały na tym filmie ani jednej suchej nici. Z doświadczenia jednak wiem, że w dzisiejszych czasach takie opinie są mało warte szczególnie, że panuje w Internecie pewien trend, który nakazuje gnoić wszystko co jest tylko w zasięgu plugawej ręki na klawiaturze. Jeśli zaś ktoś się próbuje z tego kółka wzajemnej adoracji wyłamać – sam staje się obiektem drwin i ataków.
Czy stary znaczy jary? Oczywiście, że tak. Wystarczy spojrzeć na jednego z najbardziej znanych nam dzisiaj dziadków, i nie chodzi tutaj o Dziadka Mroza, który ostatnimi czasy bez ustanku podszczypuje nas w policzki. Mowa tutaj o starszym człowieku, który jest z nami już przez sto dwadzieścia trzy lata. Narodził się on bowiem 1887 roku w jednej z powieści sir Artura Conan Doyle’a i przybrał nazwisko Holmes. Sherlock Holmes.

Detektyw Holmes i doktor Watson w całej okazałości
Muszę przyznać, że w swoim życiu przeczytałem mnóstwo powieści o utalentowanym detektywie. Wszystkie one dostarczały mi mnóstwa wrażeń i podziwu dla genialnej dedukcji Holmesa, rozwiązującego ze swoim przyjacielem Watsonem sprawy, które londyńska policja za nic w świecie nie mogła rozgryźć. Nic więc dziwnego, że Sherlock Holmes stał się prawdziwą legendą a jego wizerunek ze stronic powieści, rozpoznawalnym przez wszystkich symbolem detektywa. Przykładny, ułożony, mądry, pedantyczny, zmanierowany – tak właśnie Sherlocka wyobraża sobie przeciętny człowiek. Dlatego mocno się zadziwi, kiedy przyjdzie mu go poznać na dużym ekranie, w którego postać Holmesa wciela się Robert Downey Jr.
Wyobraźcie sobie świat, w którym nie ma kłamstwa. Wszyscy sobie ufają, albowiem wiedzą, że o cokolwiek by zapytali drugą osobę, ta zawsze odpowie zgodnie z prawdą, nawet tą najbardziej okrutną i bezpruderyjną. Co? Nie jesteście w stanie powołać takiego alternatywnego świata do życia? No cóż… w takim razie zapraszam do obejrzenia filmu „Invention of Lying”, który w Polsce niestety nie znalazł oficjalnego dystrybutora. Wielka szkoda, albowiem produkcja ta jest naprawdę wysokich lotów i potrafi przyciągnąć człowieka do szklanego ekranu na całe półtora godziny. I przy okazji przedstawić nam wizję świata, w którym ludziom nie są obce szczere wyznania na każdym kroku.

Czy kartony po pizzy mogą zmienić świat?
Czy w dobie bezproblemowego dostępu do Internetu, ogromnych centrów handlowych, otwartych granic, większej otwartości na drugiego człowieka, setki znajomych na naszej klasie, możemy być wciąż samotni niczym patyczek zamknięty w pustym pudełku od zapałek? Oczywiście, że tak. I między innymi tę, niezbyt odkrywczą prawdę, uświadamia nam najnowszy film reżysera Juno, Jasona Reitmana, zatytułowany „W chmurach” (angielski tytuł: Up In The Air).

George Clooney znowu w świetnej formie Czytaj dalej »
O! Zapowiada się nieźle! Mniej więcej takie słowa nasunęły mi się w myślach po pierwszych kilku minutach projekcji filmu zatytułowanego Armored. Skąd wziął się ten mój entuzjazm? Przede wszystkim z dość doborowej obsady, reprezentatywnej dla dobrego kina akcji. Weźmy na przykład Laurence’a Fishburne’a i jego pamiętną rolę w Matrixie. Prócz tego Jean Reno również nie jest byle jakim aktorem, a jako Leon Zawodowiec sprawdził się znakomicie. Mamy tu także takie osoby jak Amuriego Nolasco (Fernando Sucre ze Skazanego na śmierć), Matta Dilona (Nothing But The Truth, Ja, Ty i On), czy Milo Ventimiglia (Gamer, Przeklęta, Rocky Balboa). Z amatorami do czynienia więc nie mamy. Szczególnie, że za zdjęcia zabrał się sam Andrzej Sekuła a za reżyserię twórca Kontrolerów – Nimród Antal.

Ostatnio dane mi było zauważyć, że kina na całym świecie zaroiły się od przeróżnego rodzaju filmów dla dzieci, w których główną rolę grywały klatki tworzone przy użyciu techniki CGI. Dzięki temu na dużym ekranie mogliśmy podziwiać takie perełki jak Shrek, Epoka Lodowcowa, Wall-E, Odlot i ostatnio Planet 51. Każda z tych produkcji cechowała się prostą fabułą, niesamowitymi animacjami komputerowymi, humorem dopasowanym zarówno dla widza młodszego jak i dorosłego oraz olbrzymimi kampaniami reklamowymi.

Przed Wami filmik, który od dziś będę wlepiał do filmików przeze mnie tworzonych
Udało mi się w końcu obejrzeć film, który w tym roku zdobył aż osiem statuetek Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Bez dwóch zdań wynik co najmniej bardzo dobry a nawet dość niesamowity. Szczególnie, że w żadnym z ujęć nie powiewa amerykańska flaga a twórcy na produkcję zatytułowaną Slumdog. Milioner z ulicy wydali naprawdę małe pieniądze. Nic więc dziwnego, że swego czasu nie mogli znaleźć dystrybutora, który powziąłby ryzyko umieszczenia tej produkcji na ekranach kin. Na szczęście takowy się znalazł, a i w Polsce, z półrocznym poślizgiem, Milioner z Bombaju ukazał się na wielkim ekranie.

Czy jednak produkcja ta nie jest zbyt przereklamowana? Wiadomo, że Oskary za darmo raczej u nikogo w dłoniach nie lądują, lecz czy rzeczywiście Slumdog Millionaire może pochwalić się mianem najlepszego filmu roku 2008, posiadać najlepszą reżyserię, scenariusz adaptowany, muzykę oryginalną, najlepszą piosenkę, zdjęcia, dźwięk i montaż? No cóż… każdy z nas musi odpowiedzieć sobie na to pytanie sam. Oczywiście po uprzednim obejrzeniu produkcji wyreżyserowanej przez Danniego Boyle’a. Nawet jeśli ktoś niechętnie podchodzi do tego typu gatunku filmowego, to na pewno nie pożałuje pieniędzy straconych na bilet do kina.
O czym opowiada Slumdog. Milioner z ulicy? O jednym z uczestników indyjskiej wersji Milionerów, nazwiskiem Jamal Malik. Ten osiemnastoletni chłopak, wychowanek slumsów w Bombaju, idzie jak burza przez kolejne pytania w teleturnieju. Jednakże tuż przed zapoznaniem się z ostatnim, finałowym pytaniem, zostaje pod zarzutem oszustwa aresztowany przez policję. Jak to bowiem możliwe, że niewykształcony chłopak zaszedł tak daleko i stanął przed główną wygraną w programie? Na to pytanie dostaniemy odpowiedź już w samym filmie. Oto bowiem Malik przesłuchiwany przez komisarza policji rozpoczyna opowieść o swoim życiu i o tym w jaki sposób zdobył wiedzę, która zaprowadziła go do miejsca, w którym obecnie się znajduje.
W trakcie kolejnych relacji ze swoich dotychczasowych przygód, poznamy nie tylko historię Malika, lecz także jego brata, dziewczyny i mnóstwa innych pobocznych, acz wyrazistych postaci. Przy okazji zapoznamy się z tym jak naprawdę wygląda życie w indyjskich slumsach, w których normy znane ze świata cywilizowanego, bardzo często są naginane i zamiatane pod dywan. Czy na pozór dość mocno przesiąknięty brudem świat Jamala różni się czymś tak naprawdę od tego z czym się spotykamy na co dzień i u nas? To właśnie jedno z pytań, które zadać możemy sobie po zapoznaniu się z filmem Slumdog. Milioner z ulicy.
Slumdog to jednakże nie tylko smutna opowieść o przywarach tego świata. To także film drogi połączony z elementami romansidła. Wszystko oczywiście w należytych proporcjach, tak żeby widz przez te dwie godziny ani chwilę się nie nudził w kinowym fotelu. No i nie zapominajmy o rewelacyjnych wręcz ujęciach kamery, które potrafią zadziwić już na samym początku projekcji – w momencie ucieczki pary głównych bohaterów przez dzielnice ubóstwa.
O grze aktorów mogę powiedzieć jedynie tyle, że w pełni wykonali swoje zadanie. Idealnie pokazują na ekranie swoje emocje, wczuwają się w prowadzone przez siebie role. No i ta Freida Pinto wcielająca się w dorosłą postać Latiki. Być może nie jest najpiękniejszą kobietą świata, lecz ma to coś, co przyciąga wzrok na panoramiczną planszę w kinie, kiedy tylko się na niej pojawi.
Czy film mi się podobał? Jak najbardziej. Szczerze mówiąc, to sceptycznie podchodziłem do tej produkcji. Nie chciało mi się wierzyć, że tego typu produkcja może mnie wessać do swego świata. Na szczęście się pomyliłem i czas spędzony wraz z bohaterami Slumdog. Milioner z ulicy nie uważam za zmarnowany. Polecam tę produkcję serdecznie.




Otrzymane komentarze